Żeby się żyło, żeby się wiodło kubek w kategorii Śmieszne kubki- Koszulki z nadrukiem i śmieszne koszulki na prezent! Sprawdź naszą ofertę nadruków na koszulkach, kubkach, poduszkach i wielu innych powierzchniach!
Wolałbym, żeby szkolny problem potrafili rozwiązać nauczyciele i rodzice, ale skoro tak nie było, musiałem sobie jakoś radzić. Nie powiedziałem Marcie, co zrobiłem. Nie chciałem, żeby Czarek dowiedział się, jak skuteczne bywają metody odległe od obowiązującego prawa i przepisów, które nie były w stanie ochronić ucznia.
Tłumaczenia w kontekście hasła "żyło wam się" z polskiego na angielski od Reverso Context: Tu chodzi o Oczyszczanie Ziemi i ludzi, i do tego doprowadzimy, po to żeby później żyło wam się lepiej, spokojniej.
Żeby się żyło, żeby się wiodło, żeby się chciało i żeby się mogło! Mocne Słabe +252 (261) #toast żeby budżet Kancelarii Prezydenta, który mniej
Żeby się działo, żeby się wiodło, żeby się chciało i żeby się mogło. Kartki Żeby się działo, żeby się wiodło, żeby się chciało i żeby się mogło - stwórz własną kartkę w trzech prostych krokach. Wybierz kartkę, wpisz życzenie i GOTOWE! za darmo i bez logowania!
Nie docenił wysiłku. Nie tylko nie śpi, ale nie pojechał na urlop, jak reszta Polaków i pracuje w pocie czoła pożyczając pieniądze gdzie tylko zdoła. Mowa o ministrze finansów, który w lipcu i sierpniu dwojąc się i trojąc pożyczył dla nas ponad 20.000.000.000 (słownie: dwadzieścia miliardów) złotych.
TYma605. To nie mogło się udać. Gdy 22-letnia Elwira Madigan poznała swojego ukochanego, on miał już żonę i dwójkę dzieci Może nie byłoby to aż tak istotne, gdyby nie fakt, że mężczyzna pochodził z cenionej szlacheckiej rodziny, a Elwira była cyrkową artystką I chociaż była sławna w Europie, jej związek z żonatym i do tego oficerem z wyższej klasy, wywołał skandal. Skutki były tragiczne Więcej podobnych historii znajdziesz na stronie głównej Onetu Kiedy w lipcu 1889 r. na cmentarzu w Landet w Danii pochowano kochanków: 22-letnią Elwirę Madigan i 35-letniego Sixtena Sparre'a, opinia publiczna bardzo im współczuła. Jednak parę tygodni wcześniej, gdy tych dwoje jeszcze żyło, świat nie był tak wrażliwy. Oburzenie i hejt spowodowane tym, że szlachcic związał się z artystką cyrkową, doprowadziło zakochanych do desperackiego czynu. Oboje popełnili samobójstwo. W XXI w. już zapomnieliśmy o barierach klasowych. W końcu nawet brytyjscy arystokraci i członkowie rodziny królewskiej mogą poślubić kobiety "z ludu", w których żyłach nie płynie błękitna krew. Ale jeszcze 130 lat było inaczej. Dziewczyna z klasy robotniczej nie mogła "wyjść" poza swój krąg społeczny. "Córka powietrza" staje się gwiazdą Zanim Elwira Madigan poznała swojego ukochanego, wiodła codzienne życie ubogiej panny. Urodziła się jako Hedvig Antoinette Isabella Eleonore Jensen we Flensburgu w 1867 r. Była córką stajennego z Kopenhagi Frederika Jensena i pochodzącej z Finlandii artystki cyrkowej Eleonory Cecylii Christiny Marii. Gdy Elwira była dzieckiem, jej rodzice się rozstali. Matka wówczas związała się z kolegą po fachu, Amerykaninem Johnem Madiganem. Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo Oboje podróżowali po Skandynawii z cyrkiem. Hedvig Jensen (czyli Elwira Madigan) zadebiutowała na cyrkowej arenie, mając osiem lat. Dziewczyna marzyła o tym, by zostać zapamiętaną. Trzy lata później opanowała sztukę chodzenia po linie do tego stopnia, że dyrekcja cyrku pozwoliła jej na samodzielne występy. Niedługo potem wraz z Gizelą Brož, przybraną córką Madigana, miała własne show: "Córki powietrza". Jak wielkim sukcesem cieszyło się wśród publiczności, świadczy fakt, że duński król Christian IX wkrótce nagrodził artystki złotym krzyżem. Elwira Madigan stała się gwiazdą. Tłumy zjawiały się w cyrku, gdziekolwiek występowała. W Paryżu, Londynie, Amsterdamie, Berlinie, czy w Odessie. W prasie nie brakowało o niej artykułów. Podobnie zresztą, jak wielbicieli, którzy czekali pod namiotem po jej występach. Elwira Madigan Porucznik idzie do cyrku W 1888 r. cyrk wystąpił w szwedzkim Kristianstad. Na widowni zasiadł porucznik Sixten Sparre. Oficer co prawda pochodził ze starej szlacheckiej rodziny, jednak to nie powstrzymało go przed zakochaniem się niemal od pierwszego wejrzenia w Elwirze Madigan. Artystka wkrótce opuściła miasto, jednak od tego czasu korespondowała ze Sparre'em. Problemem tej pary nie był jednak tylko status społeczny, ale także stan cywilny. Sixten Sparre był żonaty (choć nieszczęśliwie). Z żoną doczekał się dwójki dzieci. Zresztą dyrekcja cyrku nie życzyła sobie, aby pracujący dla nich artyści byli uwikłani w skandale obyczajowe. Kochankowie więc przez większość czasu ukrywali przed światem swoją zażyłość. Miłość zmusiła ich do ucieczki Para dokładnie zaplanowała ucieczkę. Doszło do niej w maju 1889 r. tuż po zaręczynach w Sundsvall w Szwecji. Przez Sztokholm udali się do Svendborg w Danii, gdzie wynajęli hotel i udawali parę w podróży poślubnej. Po pewnym czasie zauważono, że tylko on ma na palcu obrączkę, co zaczęło wzbudzać podejrzenia. Skandal wybuchł jednak dopiero, gdy rozpoznano w tajemniczej mężatce słynną artystkę cyrkową. Temat szybko trafił do mediów. Foto: ALAMY LIMITED / Agencja BE&W Sixten Sparre Niedługo potem sprawy przybrały dramatyczny obrót. Para nie mogła znieść nagonki. 15 lipca 1889 r. popłynęła na małą duńską wyspę Tasinge, gdzie wynajęła pokój u rodziny rybackiej w Troense. Trzy dni później o 10 rano zakochani wyszli z koszem piknikowym, udając się w stronę pobliskiego lasu. Podobno wyglądali na szczęśliwych. Parę godzin później Sixten Sparre zastrzelił Elwirę, po czym sam popełnił samobójstwo. Sława nieszczęśliwych kochanków nie zgasła nawet po pogrzebie. Opinię publiczną wzruszał fakt, że na ich oczach rozegrał się dramat niczym z Szekspira. Do tego media wciąż drążyły tę historię. Poeta Johan Lindström Saxon napisał o nich balladę, a Alex Behning zaledwie sześć lat temu piosenkę. Sama historia Madigan i Sparre'a trzykrotnie była przenoszona na duży ekran. Wszystko to sprawiło, że ta para zapisała się w zbiorowej pamięci. Opinia publiczna zaczęła mówić o niej z sympatią. Za późno. *** Jeśli zmagasz się z depresją, z lękiem, odczuwasz długotrwały smutek, masz myśli samobójcze lub podobnych stanów doświadcza ktoś z twojego otoczenia – nie czekaj, zadzwoń pod jeden z numerów pomocowych. Wszystkie dostępne są bezpłatnie i czynne całą dobę, siedem dni w tygodniu: 22 484 88 01 – Antydepresyjny Telefon Zaufania 800 702 222 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym 116 213 – Telefon dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym 22 484 88 04 – Telefon Zaufania Młodych 800 100 100 – Telefon dla rodziców i nauczycieli w sprawie bezpieczeństwa dzieci 112 – W razie bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia
Zarówno Trójmiasto jako metropolia, jak i poszczególne miasta (Gdańsk, Gdynia, Sopot) regularnie znajdują się w czołówkach rankingów jakości życia w Polsce. Nic dziwnego - wysokie dochody, czyste powietrze, dobre uczelnie i szpitale, wysoka średnia długość życia, niskie bezrobocie - predestynują nadmorską metropolię do określenia "dobre miejsce do zamieszkania". Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Poniżej subiektywna lista spraw, które w Trójmieście należy poprawić, aby żyło się jeszcze lepiej. SzadółkiSmród dochodzący z wysypiska to element krajobrazu równie silnie związany z Gdańskiem, podobnie jak fontanna Neptuna albo Żuraw. Silniej albo słabiej, bardziej zgniły albo bardziej duszący - obecny jest jednak w południowej części miasta jako stały element krajobrazu, przynajmniej zapachowego. Kolejne zarządy i kolejni dyrektorzy zapewniają, że już wkrótce, już niedługo problem zostanie rozwiązany - bez realnego postępu. Od 10 lat co najmniej. Doprawdy, czas byłoby o tym śmierdzącym problemie mniej mówić, a więcej biletTrójmiasto pozostaje bodaj jedyną metropolią w Polsce, w której trzeba kupować kilka biletów, aby przemieścić się z jednego końca na drugi. Nie rozeznają się w tym nawet lokalni mieszkańcy, a co dopiero obcokrajowcy - regularnie karani za brak biletu w SKM-ce albo w autobusie innego przewoźnika, w momencie, gdy bezradnie pokazują bilet kupiony w gdańskim ZTM. Pod nazwą "bilet metropolitalny" funkcjonuje kilka protez - np. bilet pozwalający pojechać autobusem i tramwajem różnych przewoźników, ale nie SKM-ką. Bilety, które obejmują SKM-kę, nie obejmują wszystkich pociągów przejeżdżających przez Trójmiasto oraz gmin podmiejskich - np. Pruszcza Gdańskiego. W Wiedniu albo Berlinie cała metropolia podzielona jest na strefy i na terenie danej strefy można przemieszczać się wszystkim, włącznie z ekspresami przejeżdżającymi przez miasto. Wzorem jest Paryż, gdzie kombinacja autobusów, tramwajów, metra oraz szybkich pociągów RER znajduje się na jednym rozkładzie i jednym bilecie. Nawet metropolia śląska, kilka razy rozleglejsza i składająca się z wielu organizmów miejskich o podobnych rozmiarach, mówiąc kolokwialnie, "ogarnęła temat". Czas, by "temat ogarnęły" gminy metropolii - zwłaszcza, że istnieje baza organizacyjna (MZKZG).Komunikacja po górnym tarasieKolejny przejaw "niedasizmu" związanego z komunikacją miejską w metropolii trójmiejskiej to realny brak komunikacji po górnym tarasie. I tak, mieszkaniec Kowal, który pracuje w okolicy lotniska, musi najpierw zjechać na dolny taras (przynajmniej na Łostowice, ale lepiej do centrum), aby potem pracowicie podjechać do portu lotniczego. Od momentu gdy jest PKM-ka i tak nie musi stać w korkach. Tak czy inaczej, straci na to minimum godzinę i kilka razy się przesiądzie. Podróż z Dąbrowy do biur na Jasieniu (Cube Office Park) zajmuje ok. 25 minut samochodem i około dwóch godzin, jeśli jechać komunikacją miejską. Dodatkowo, trzeba zakupić trzy różne ustawienia sensownej komunikacji po górnym tarasie Trójmiasta to tysiące ton dwutlenku węgla, miliony marnowanych w korkach minut i setki tysięcy złotych wypuszczanych w powietrze przez posiadaczy samochodów. Nie wspominając o wiecznie zakorkowanej obwodnicy - która, notabene, dawno przestała być faktyczną "obwodnicą", tj. drogą otaczającą metropolię, a stała się trasą średnicową górnego urbanistyczny chaos ekspansji metropoliiNowe osiedla w sposób niekontrolowany rosną w samych miastach i w nowych obszarach podmiejskich, za czym w najmniejszym stopniu nie idzie infrastruktura miasta oraz wsparcie gmin. Na nowych osiedlach zarówno w mieście, jak i pod miastem (Rumia, Pruszcz Gdański i Rotmanka, gmina Kosakowo) brakuje szkół, przychodni, przedszkoli i punktów obsługi mieszkańców. W rezultacie, tysiące mieszkańców metropolii codziennie przemierza dziesiątki tysięcy kilometrów wte i wewte, aby załatwić podstawowe sprawy - np. odwieźć dzieci do szkoły, załatwić sprawę w urzędzie skarbowym albo odbyć badania w ośrodku zdrowia. Nieliczne nowe szkoły budowane na peryferiach (Osowa, Jasień) błyskawicznie zapełniają się dziećmi, a nauka często odbywa się na dwie zmiany. Jeśli chodzi o opiekę przedszkolną oraz zdrowotną - honor ratuje sektor prywatny. Pojawiają się nowe przedszkola i żłobki, a specjaliści otwierają swoje gabinety w handlowych parterach nowo budowanych bloków. To dobrze - ale to nie całym dystansie, jaki mamy wobec socjalistycznego budownictwa z czasów PRL, warto docenić myśl urbanistyczną dawnych osiedli. Owszem, mieszkania były małe, akustyczne, pełne usterek i mało komfortowe, ale układ urbanistyczny był bardzo komunikacyjne na zewnątrz, w środku bloki mieszkalne, tereny rekreacyjne, szkoła, żłobek, ośrodek zdrowia i dom kultury. Do dziś mieszkańcy Przymorza, Chyloni czy Suchanina korzystają z tego planowania przestrzennego; warto, aby w podobny sposób planowano rozwój nowych strefy przygranicznejNieco zaskakujący element w tej wyliczance, ale istotny. Otóż nieomal całe Trójmiasto znajduje się w strefie nadgranicznej. Na co dzień nie zauważamy konsekwencji tego faktu - być może ktoś spostrzegł jedynie małe, czerwone tabliczki przy drogach dojazdowych na granicy strefy. Ale konsekwencje uderzają w obcokrajowców, którzy zapragnęli kupić nieruchomość w Trójmieście. Ustawa z 1920 (!) roku nakazuje zdobyć zezwolenie ministra właściwego dla administracji i spraw wewnętrznych. Jest to procedura prosta i tania, ale przeciągająca się od czasu, kiedy Polska stała się kierunkiem wybieranym przez wielu imigrantów z Europy i spoza niej. Na wydanie takiego dokumentu czeka się nawet powyżej roku. W rezultacie, wielu obcokrajowców spoza UE, którzy chcieliby się osiedlić w Trójmieście, emigruje dalej, do Wrocławia, Poznania czy Warszawy - bo tam zezwolenia nie muszą mówiąc, o ile można zrozumieć takie ograniczenia na terenie gmin graniczących z Białorusią, Rosją czy nawet Ukrainą, nie sposób zrozumieć jakie korzyści miałoby utrzymywanie ich na terenie milionowej metropolii, która miała pecha (czy raczej szczęście) znaleźć się nad morzem, a od najbliższej granicy dzieli ją ponad 100 km, na dodatek nie jest to zwarte terytorium sąsiada, tylko enklawa skupiona na własnych problemach i raczej obawiająca się aneksji niż ją tylko samorządOwa wyliczanka nie pretenduje ani do miana kompletności, ani do listy żalów pod adresem samorządów. Wiele z tych kwestii wymaga rozwiązań na poziome prawa - a prawo stanowią władze centralne, nie samorządowe. Kwestia strefy nadgranicznej jest tutaj dobrym przykładem. Niemniej, powinniśmy oczekiwać od lokalnych posłów wszystkich opcji i formacji wspólnego działania na rzecz interesów metropolii przyciągającej specjalistów z całego świata i ułatwiania im życia, jeśli zechcą osiedlić się w Trójmieście. Skuteczny lobbying mógł wiele zdziałać. Być może jedyny przytyk pod adresem samorządów to jałowa, bezsensowna i trudna do zrozumienia rywalizacja samorządów, zwłaszcza Gdańska i Gdyni. Ponurą pamiątką oderwanych od rzeczywistości ambicji jest historia gdyńskiego lotniska - pomnika próżności i megalomanii tamtejszego magistratu i radnych, który dziś niszczeje odłożyć na bok animozje personalne oraz źle pojętą dumę regionalną, mielibyśmy choćby wspólny bilet albo linie autobusowe przecinające górny taras metropolii. Tu nie chodzi o powiewanie flagą lokalnego klubu na futbolowym stadionie, a o dobro miliona mieszkańców nadmorskiej metropolii!Wybory samorządowe za kilka lat, ale w obecnej sytuacji, gdy Polski Ład pozbawił samorządy znaczącej części wpływów podatkowych, a władze centralne wprost wypowiedziały wojnę "niepokornym" samorządom (zwłaszcza gdańskiemu), mieszkańcy oczekują, że ich interesy będą przedkładane nad ambicje lokalnych polityków.
Ostatnie posty ograniczają się w zasadzie do jednej tematyki - niemal wyłącznie dotyczą haftu krzyżykowego. Powoli zaczynam więc tęsknić za jakąś odmianą. Rozglądam się nieśmiało za dawno porzuconym szydełkiem i motkami z kordonkiem. Zanim jednak na dobre zajmę się robieniem czegoś innego niż hafty, wrzucę jeszcze kilka postów w znanej, poczciwej tematyce 👇👇👇W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł dość nietypowego wzoru haftu. Szukałam niebanalnego prezentu, który można by było wręczyć komuś, kto świętuje swoje przejście na emeryturę. Kupiłam więc t-shirt z wiele mówiącym nadrukiem "Nic nie musze - jestem na emeryturze" i zabrałam się za myślenie o odpowiednim hafcie. Padło na krótką rymowankę, która znalazła się na haftowanym obrazku:Żeby się żyło,żeby się wiodło,żeby się chciałoi żeby się mogło!Z bliska tekst, jeszcze przed oprawieniem, wyprasowaniem i usztywnieniem, prezentował się tak:I jeszcze, na koniec, wzory liter, z których korzystałam. Czcionka jest prosta, bez zbędnych ozdobników, dzięki czemu tekst jest czytelny.
Rozmawiamy z Wojciechem Saługą, członkiem zarządu śląskich struktur Platformy Obywatelskiej, nowym marszałkiem województwa śląskiego. CZYTAJ WYWIAD i ZOBACZ WIDEOKolejne cztery lata rządów Platformy w województwie śląskim. Jakie priorytety? Mam tylko jeden: żeby ludziom żyło się w naszym regionie lepiej. Chcę zadbać o jakość i komfort życia. Wszystkie nasze pomysły, inwestycje, te duże i małe - mają temu właśnie służyć. By ludzie chcieli właśnie tutaj, w województwie śląskim, mieszkać, uczyć się i pracować. Dlaczego koalicja z PSL i SLD, a nie z RAŚ? Zdradzi pan kulisy rozmów z autonomistami? Dla mnie jako polityka nie jest to zaskoczeniem. Rządziliśmy już z Ruchem Autonomii Śląska. W 2013 roku RAŚ wypowiedział nam umowę koalicyjną. Znaleźliśmy sobie nowego partnera, czyli SLD. To było konieczne, aby sprawnie rządzić. Przeszliśmy przez wybory i ta stara koalicja ma w Sejmiku większość. Podpisaliśmy więc nową umowę czy prawdą jest, że były rozmowy z RAŚ-em? Czy to prawda, że nie porozumieliście się, bo Jerzy Gorzelik zażądał miejsc dla swoich ludzi na liście wyborczej PO do Sejmu? To tylko medialne spekulacje. Tak nie było, przynajmniej jeśli chodzi o rzekome żądania miejsc na listach wyborczych. Rozmawialiśmy za to o tym, jak sobie wyobrażamy współpracę, co możemy razem zrobić. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że w województwie będzie rządzić koalicja chce powtórki wyborów do sejmiku śląskiego, wskazuje na błędy w PKW... To jest nonsens, to nie ma uzasadnienia. Oczywiście były kłopoty z poinformowaniem społeczeństwa o wynikach przez PKW, ale samo liczenie odbyło się sprawnie. Najpóźniej w poniedziałek wyniki w poszczególnych komisjach były znane. Pretensje do PKW mam za to, że próbowała wtłaczać te wyniki w system komputerowy, który nie działał. Nie ma dzisiaj podstaw, żeby powtarzać wybory. Jestem przekonany, że są ważne. Oczywiście zdecydują o tym sądy, a nie cztery lata rządów nie były łatwe. Afery ze Stadionem Śląskim, Kolejami Śląskimi, Górnośląskim Przedsiębiorstwem Wodociągowym. Regionalni politycy PiS nie zostawiają na was suchej nitki. Twierdzą, że jesteście żądni władzy, ale sobie z nią nie radzicie. Jak pan to skomentuje? Na szczęście nie od PiS-u dostaliśmy mandat do sprawowania rządów, ale od mieszkańców naszego województwa. Wygraliśmy, ale nasz wynik był gorszy niż cztery lata temu. Myślę, że to właśnie jest efekt wpadek z kolejami i stadionem, czy GPW. Te sprawy zostawiamy za sobą, ponieważ poprzedni zarząd pod kierownictwem marszałka Sekuły nakierował te problemy na właściwe tory. Dzisiaj nie rozmawiajmy o tym co było, tylko o tym co będzie. Jestem przekonany, że będziemy dumni tak z naszego stadionu, jak i z kolei, a woda w kranach będzie PO w miastach - jak pan je ocenia? Katowice, Jaworzno, Ruda Śl., Bytom, Czeladź - porażki. Sukces w Rybniku, Jastrzębiu, Chorzowie, no i to rewolucyjne odbicie Sosnowca drugiej turze jesteśmy naprawdę zadowoleni: Sosnowiec, Rybnik, no i Jastrzębie, gdzie do tej pory przegrywaliśmy wybory do parlamentu. Tam bardzo silne są związki zawodowe, w ostatnim czasie nam nieprzychylne. Mimo to zdołaliśmy pokonać popieranego przez PiS kandydata. Uważamy to za sukces. Do tego dochodzą miasta, w których wybory rozstrzygnęły się już w I turze, czyli Chorzów, Święto-chłowice, Wodzisław Śl. Poszerzyliśmy stan "posiadania". Tomasz Tomczykiewicz został odsunięty od górnictwa, to jest policzek dla śląskiej PO od premier Ewy Kopacz. Kto będzie zarządzał górnictwem? To nie jest zadanie samorządu i marszałka, a rządu i resortu odpowiedzialnego za górnictwo. Jest nowy minister. Mam nadzieję, że będzie miał kompetencje do tego, aby móc dokonywać zmian, bo one w górnictwie są konieczne. Ostatnio zrobiło się zimno, może to jakiś dobry znak i zwiększy się sprzedaż węgla. Te ostatnie bardzo ciepłe zimy nie były dobre dla pytań od naszych Czytelników i Internautów. Jakie plany nowy zarząd ma wobec północy i południa województwa? Bo to, że będzie dbał o Katowice, nie ulega wątpliwości. Jednak województwo śląskie to nie tylko aglomeracja, ale również Bielsko-Biała i Częstochowa. Zdecydowanie tak: Bielsko-Biała, Częstochowa i obszary wokół tych ośrodków. Zarząd województwa śląskiego będzie starał się o zrównoważony rozwój wszystkich regionów. Nie mamy wybranych gmin, chcemy pracować dobrze dla każdego mieszkańca jako marszałek będzie pan przyjmował obywateli? Czytelnik, który o to pyta, ma złe doświadczenie. Na wyznaczenie terminu spotkania z marszałkiem Sekułą czekał pół roku i się nie doczekał. Szczerze mówiąc, nie wiem, jaka jest praktyka, jakie były można zawsze zmienić. Czy ma pan w ogóle chęć rozmawiania z ludźmi? Oczywiście, dzisiejsza polityka sprowadza się głównie do rozmów z ludźmi. Politycy wyszli na ulice, gdzie przekonują ludzi do swoich powstanie jedno trzymilionowe miasto Silesia?Tego nie wiem. To nie leży w gestii zarządu województwa śląskiego. Potrzebna jest ustawa sejmowa. Ciągle musimy zabiegać o to, by pozyskać dla naszej sprawy zrozumienie w Warszawie, zrozumienie dla specyfiki naszego regionu, bo dzisiaj go nie ma. Metropolia jest nam bardzo z Jaworzna pyta, czy będzie polityczna zemsta na Pawle Silbercie, prezydencie Jaworzna, który wygrał z Bogusławem Śmigielskim z PO? Czy wnioski o dotacje unijne z Jaworzna będą bardziej surowo sprawdzane niż z innych miast?Jaworzno będzie tak samo traktowane jak wszystkie inne miasta. Zresztą podczas kampanii wyborczej prezydent Silbert wyraził życzenie, że jeśli zostanę marszałkiem, to żeby Jaworzno było traktowane na równi z innymi miastami.
KAI: Mija rok od momentu pojawienia się informacji o siłowych nawracaniach dzieci w szkołach rezydencjalnych, odrywaniu ich od rodzimej kultury, tradycji. Jak w tej chwili ten temat jest postrzegany w Kanadzie?Bp Anthony Krótki: Kanadyjczycy prawdopodobnie będą mieli zawsze jakiś znak zapytania i obiekcje co do systemu, który wówczas funkcjonował. Robi się wszystko, żeby taki system już się nigdy nie powtórzył. Dzisiaj wszyscy starają się, żeby dzieci poznały język ich dziadków. To daje im siłę, jeśli wiedzą, kim są, ważne jest więc, by umiały korzystać z języka przodków. I chociaż poświęca się wiele uwagi, żeby nic złego z przeszłości nie powtórzyło się, to muszę powiedzieć, że Inuici i my mieszkający na dalekiej północy obserwujemy wielkie zmiany. Młodzież i dzieci bardzo oddalają się od kultury rodzimej, od stylu wychowania, który funkcjonował 40 lat temu. Sami rodzice mówią mi, że to dobro, którego oni doświadczali, może już nigdy nie wrócić. Nie można przekonać dzieci i młodzieży do dawnego stylu życia. Albo będziemy ciągle krytykować dawny system oświaty, albo znajdziemy dzisiaj sposób na przekazanie młodemu pokoleniu system wartości, kultury, obyczajów. Jego mentalność jest zupełnie inna. Mam nadzieję, że doświadczenie szkół rezydencjalnych nie powtórzy się nigdy więcej. Ale jak uchronić młodzież przed tym wszystkim, co dzisiaj się dzieje, przed upadkiem moralnym, duchowym, brakiem doświadczenia kulturowego? To jest bardzo trudno Ksiądz biskup był na przełomie marca i kwietnia z grupą Inuitów u papieża Myślę, że nikt oprócz dwójki delegatów z naszej grupy inuickiej nie zdawało sobie sprawy z tego, jak będzie wyglądała ta pielgrzymka do Rzymu, jak będzie wyglądało spotkanie z papieżem, wreszcie – jak się do tego przygotować i kim jest w ogóle papież. Jechali z nadzieją. Wyrwać się z końca świata i pojechać do Europy, gdzie niby wszystko jest takie piękne i jeszcze można zobaczyć Watykan, o którym dużo się mówi i niekoniecznie pozytywnie, to jest coś. Zwiedziliśmy trochę Rzym. Wreszcie nadszedł dzień spotkania z Ojcem Świętym. Widać było, że emocje chwyciły wszystkich bez wyjątku. Grupa była bardzo zjednoczona. Mówię oczywiście o osobach, które kiedy Ojciec Święty wszedł na spotkanie z nami, emocje pochłonęły wszystkich. Było wiele łez szczęścia. Są u papieża. To wszystko, co się mówi o Kościele pozytywnie i negatywnie, te wszystkie głosy jakby zniknęły. Mamy okazję spotkać następcę Piotra. Później dowiedziałem się, że nasza grupa była bardzo pokorna. Oni nie szukali sporów, konfrontacji, żeby pokazać papieżowi swoje niezadowolenie. Oni chcieli go spotkać. Każdy miał pięć minut i mógł powiedzieć Ojcu Świętemu, jak wygląda jego życie, także i to duchowe. Każdy z delegatów był wysłuchany. Przeżycia, uczucia, doświadczenie szkół rezydencjalnych, oderwanie od rodzin, od bliskich, co się mogło dziać wtedy w tych szkołach – mówili o tym wszystkim. Większość naszych delegatów nie miała nic wspólnego ze szkołami z uczestników pielgrzymki do Rzymu piszą do mnie co tydzień. Pytają o papieża, o to, jak on się czuje. Od spotkania w Watykanie stworzyła się osobista relacja. Oczywiście chcą pojechać na spotkanie z papieżem w Kanadzie. To jest dla nich bardzo ważne. Będziemy starali się zrobić wszystko, żeby im w tym Już za kilka dni papież przyleci, jeśli można tak powiedzieć, z rewizytą do Ojciec Święty na naszym spotkaniu pod koniec marca powiedział nam: nie przyjadę do was zimą, bo zimy trochę się boję, przyjadę do was latem. Ojciec Święty przyleci na daleką północ do stolicy naszego terytorium Nunawut: Iqaluit. Inuici chcą jechać. Mówią: zróbmy zbiórkę pieniędzy. Bardzo dużo ludzi chce polecieć do Iqaluit. Jest wśród nich wielu uczniów szkół rezydencjalnych, ale jest też spora grupa ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego. Niestety, w Iqaluit jest ograniczona liczba miejsc noclegowych. Uczniowie będą zebrani w jednym miejscu, żeby usłyszeć osobiście słowa papieża, żeby go zobaczyć. Cieszymy się, że Ojciec Święty przyjedzie!KAI: Dlaczego 30 lat temu wyjechał ksiądz na daleką północ?AK: To było moje marzenie od zawsze. Spotkałem jako młody chłopak księdza, który pracował wśród tubylców na zachodzie Kanady. Opowiadał mi, że na północ od jego misji mieszkają ludzie, którzy nazywają się Inuitami. Tam nie ma drzew, nie ma roślinności. Jest tylko śnieg i lód. To mnie bardzo poruszyło. Miałem wtedy 14 lat. Chciałem tam pojechać, bo to było najdalej i żeby warunki były ekstremalne. Zawsze lubiłem śnieg. Pochodzę z gór. Śniegu nigdy nie brakowało w moich rodzinnych stronach. Wszystkie książki Centkiewiczów znałem prawie na pamięć. "Inuk" czy "Na krańce świata" czytałem po kilka razy. Wszyscy w seminarium, w nowicjacie wiedzieli o tym. Kwestią było, czy się uda tam pojechać, czy dostanę pozwolenie ze strony mojego zgromadzenia. Duch Święty miał tu wiele do czynienia. Kiedy wyjechałem na daleką północ, byłem najszczęśliwszym człowiekiem. Na Alaskę i na Grenlandię nie było możliwości wyjazdu. W Kanadzie natomiast proszono wówczas o dwóch kapłanów…KAI: Na początku, oprócz języka, musiał się ksiądz nauczyć takich wręcz podstawowych rzeczy, żeby przetrzymać noc gdzieś na pustkowiu w czasie burzy śniegowej, jak się zepsuje skuter…AK: Na szczęście przyjechałem do wspólnoty oblatów Maryi Niepokalanej, w której jeden z ojców miał bardzo duże doświadczenie w codziennym życiu na dalekiej północy. Pierwszego dnia powiedział mi tak: ja nauczę cię gramatyki, pomogę nauczyć ci się języka (był cudownym nauczycielem!), ale tradycji, kultury ode mnie się nie nauczysz. Żeby się tego nauczyć, musisz iść do ludzi. Musisz z nimi być. Najlepiej jakbyś pojechał i pomieszkał z nimi. Kapłaństwa nikt ci nie zabierze. Zanim zaczniesz posługiwać jako kapłan, poznaj ludzi. I pojechałem na trzy miesiące. Mieszkałem w wiosce z jedenastoma rodzinami. Mieszkaliśmy w namiotach. Oni żyli zupełnie w zgodzie z naturą. To było piękne doświadczenie. Spotykaliśmy się na modlitwie. Tam byli katolicy, anglikanie, protestanci. To było niesamowite. Patrzyłem w bezkres horyzontu. Nigdy człowiek nie zapomina, że jest księdzem i ludzie też to wiedzieli i rozumieli. On musi wiedzieć więcej, żeby być księdzem wśród nas – tak słyszałem. Wiedzieli, że nie jestem Kanadyjczykiem, że mówię w innym języku. Później się dowiedziałem, że ich zadaniem było mnie przerobić, nie forsować, ale żebym zmienił swoje podejście, swoją mentalność. Wszystko po to, żebym mógł zrozumieć tych ludzi, zaakceptować ich, pokochać ich, żeby oni zobaczyli we mnie kapłana, który będzie im służył, a nie kogoś, kto im będzie nakazywał robić jakieś rzeczy. Wtedy zrozumiałem, że potrzeba ich wiary musi wyjść od nich. Bo kim ja jestem? Ja przyjeżdżam jako turysta. Dzisiaj jestem, jutro może mnie nie być. Jestem zakonnikiem, zakon może mnie przenieść. Bardzo ważnym było dla mnie, żeby oni mnie zaakceptowali pośród siebie. Otworzyłem moje drzwi najszerzej, jak tylko to było możliwe i starałem się przyjąć wszystko. Cały czas byłem księdzem, ale moja obecność musiała nabrać wartości i akceptacji ze strony ludzi, żeby dobrze się z tym czuli, żeby byli bezpieczni. Ja nigdy nie będę wyglądał jak oni, nigdy nie będę Inukiem. Mogę się starać, ale żeby stać się częścią tamtej kultury, potrzebne jest zaufanie W tym przygotowaniu musiał ksiądz pokonać bariery kulinarne, co czeka zresztą każdego misjonarza. Bo, jak ksiądz powiedział, albo się będzie z tymi ludźmi żyło, albo trzeba by się stamtąd Muszę się przyznać, że jak byłem w seminarium, w nowicjacie, jak zauważyłem, że jest gdzieś gotowe, surowe mięso na kiełbasy, to go próbowałem. Chciałem zobaczyć, jak to jest, jak się je surowiznę. Chciałem pojechać na daleką północ, a tam tak jedli. Próbowałem wołowego, wieprzowego i w końcu masarz, który przyjeżdżał, powiedział mi: ja robię kiełbasy, ale nie jem jak ty. To niesprawdzone, to niezbadane. Odpowiedziałem mu, że ludzie jedzą niebadane mięso i żyją. Myślę, że trochę kształtowałem sobie psychikę, żeby umieć przyjąć to, co będzie, to, co jest tam, a nie to, co my uważamy. To było moje przygotowanie do misji. Chciałem wiedzieć i doświadczyć, co ci ludzie przeżywają, zanim ich jeszcze mogłem spotkać. Śpią w igloo, mają psy…Jadąc na daleką północ, byłem przygotowany, że może być inaczej. Wszystko zatem powinno być dobre, byleby być z tymi ludźmi, byleby być na tamtej ziemi. Jak przyjechałem, okazało się, że wszyscy mają domy. Igloo robili tylko w czasie podróży. To nie było jakimś zaskoczeniem, nie było też żadnym rozczarowaniem. W pierwszym roku pobytu nauczyłem się robić igloo. Mnie to fascynowało. Igloo stało. Można było w nim spać. Ktoś by powiedział: w seminarium was nie przygotowali. Nieprawda! Surowe mięso, spanie zimą przy otwartym oknie w nowicjacie w Kodniu, spanie bez drzwi. Wiatr był cały czas, bo okno było otwarte. Rano śnieg na twarzy. Ktoś mógłby pomyśleć: ale ten Krótki jest głupi! Bo jak to inaczej nazwać? A dla mnie to było bardzo ważne. Doświadczenie tego, co nie było moje, było fantastycznym doświadczeniem. Myślę dzisiaj, że seminarium i nowicjat przygotowały mnie bardzo Musiał ksiądz biskup się z czymś zderzyć w eskimoskiej kuchni?AK: Jadło się właśnie surowe mięso. Tylko w niedzielę wieczorem po mszy świętej mieliśmy wspólną kolację. Wtedy było jedzenie gotowane, mięsa różnego rodzaju i gatunku były wyciągane na żwirowy brzeg oceanu. Tam to było położone i każdy brał co chciał. Ich dieta składa się głównie z mięsa. Później zaczęli robić zakupy w sklepach, zaczęli też dostawać pieniądze. Nikt nigdy nie robił żadnych dyskusji w kwestii jedzenia. Każdy jadł, kiedy był głodny, a nie kiedy był przygotowany posiłek. Nikt nie zapraszał, nikt nie gonił. Dla mnie to była fantastyczna wolność. Nie trzeba pytać, pukać, dzwonić, dadzą jeść albo może nie, a tam siadasz i jesz. Tam nie było żadnego zacofania. Oni żyją, szanując naturę. Latem łapali morsy i zakopywali je na brzegu w żwirze. Pozostawały tam przez wiele miesięcy. To mięso fermentowało, gniło, zupełnie zmieniało kolor. To jest ich przysmak. Miałem trudności, żeby to jeść na początku. Może nie tyle mój żołądek, ile moja głowa mnie hamowała przed tym mięsem. Niestety, nie było nic innego do jedzenia. Trzeba było opróżnić doły z mięsem sfermentowanym, żeby włożyć tam świeżo upolowane morsy. Nie było to Wraca ksiądz skuterem śnieżnym po zamarzniętym oceanie. Skuter się psuje. Trzeba zostać na noc samemu na pustkowiu. Chyba strach towarzyszył księdzu?AK: Powinien. Zawsze trzeba mieć świadomość, że coś może się wydarzyć. Morze jest daleko od wioski. Jeśli burza złapałaby mnie w podróży, byłoby niebezpiecznie. Staramy się dzisiaj nie popełniać takich błędów. Mamy lepsze możliwości. Wyjeżdżając z wioski, zawsze mówimy, o której ruszamy w podróż i w jakim kierunku. W razie czego będą wiedzieć, gdzie nas szukać. Wyruszając w podróż, musimy znać śnieg, orientować się w gwiazdach, znać kierunek jazdy. Zdarzyło mi się parę razy, że burza śniegowa zatrzymała mnie po drodze. Przeżyjesz albo nie, coś takiego miało miejsce w moim życiu na dalekiej północy. Mamy aniołów stróżów. Musimy się przygotować, nie możemy wszystkiego zwalać na nich. Trzeba być rozsądnym. Jak jest burza śniegowa, wieje silny wiatr i jest - 40, - 50 st. C, to nie ma żartów. W czasie każdej mojej przygody w podróży jakichś problemów, zawsze doświadczałem Bożej Opatrzności. To kwestia naszej wiary, czy poradzimy sobie z problemem, czy może wpadamy w panikę. Inuici od początku mi wbijali do głowy: cokolwiek ci się przydarzy, nie wpadaj w panikę, bo się zgubisz. Będziesz jeździł w kółko i zgubisz swój ślad. Inuici nauczyli mnie, jak rozpoznawać śnieg, świeży śnieg na lodzie, na co wskazuje, jaki jest kierunek wiatru. Kiedy przytrafiały mi się takie problemy, to jeszcze nie miałem GPS-u. Teraz pewnie bez tego urządzenia bym nie ruszył w Dla nas świat otaczający Inuitów może wydawać się surowy, brakuje zieleni, drzew, tylko śnieg, lód, skały. Ale oni widzą w tym piękno i Jestem tego pewien. Istnieje między nami taka niesamowita różnica. Kiedy przychodzimy tam, mówimy "wow". A oni od razu: co jest "wow"? Mój znajomy z dalekiej północy musiał polecieć do Edmonton na badania. Wysiadł z samolotu i zaraz poczuł wielki niepokój. Kiedy spotkaliśmy się ponownie, powiedział mi: podejdź do okna. Co widzisz? Nic nie widzę, odpowiedziałem. Chodzi ci o to, że ktoś jedzie skuterem? Że jacyś ludzie stoją tam dalej? Niedźwiedź? On mówi do mnie. Mam inne doświadczenie. Jak wyszedłem z lotniska w Edmonton, to nic nie widziałem. A domy, a samochody, a ludzie? Nic nie widziałem. Jeden blok przysłaniał drugi blok. Nic nie widać. On w Edmonton czuł się zagubiony. I mówi do mnie: zobacz, tu widzisz wszystko, widzisz 10 km przed tobą. To jest różnica. Kultury są niesamowite, głębokie. Mają rację. W miastach widzimy mało. To jakby patrzeć na zabieganego człowieka, pełnego trosk i kłopotów. Dla niego prawdziwe człowieczeństwo nie będzie widzialne. Inuici z jednej strony boją się miasta, ale z drugiej zaś chcieliby uciec do czegoś, co jest lepsze. Wielu z nich próbuje żyć w miastach Kanady na południu, ale to jest dla nich bardzo trudne, ponieważ tracą wolność, w której zostali Inuici stawiają coś w rodzaju pomników, które nazywają się inukshuk, które kształtem przypominają człowieka. Kiedy miejscowi uznali księdza za ich człowieka? Odczuł to ksiądz?AK: Przyznam, że zastanawiam się, czy kiedyś będę miał szansę stać się ich człowiekiem. Wiedzą, że jestem biały, że pochodzę z innego kontynentu. Ale myślę, że to prowadzi do głębszego szukania odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek. Czy staje się nim, bo tam się urodził? A może staje się człowiekiem ten, który żyje wartościami, które są obecne w tym miejscu? Dla nich wyzwaniem jest spojrzenie na drugiego człowieka od strony jego uczuć, jego przeżyć, jego wartości, a nie rozmyślanie tylko skąd on pochodzi i kim są jego rodzice. Mamy dużo mieszanych małżeństw, w których tylko jedno z rodziców jest Inuitem. Jak przyjmiemy dzieci z takich mieszanych małżeństw? Niestety są tendencje, żeby nie uważać takich dzieci za zupełnie nasze. To jest smutne i niebezpieczne. Jednak społeczność inuicka bardzo to przeżywa. Na południu Kanady, jak chcesz kogoś odwiedzić, musisz się umówić, musisz zapukać. Na północy nie umawiamy się. Idziemy jest z kamienia i jest czasami drogowskazem. Jest przekazaniem komuś wiadomości, że tutaj już ktoś był, że ktoś tutaj mieszkał. Może być znakiem, w którą stronę należy iść na ryby, na polowanie, gdzie ktoś z rodziny mógłby być pochowany. Teraz dowiedziałem się, że jeśli dobrze widać nogi inukshuka, to znaczy, że ktoś zmarł w tym miejscu. Przez wiele lat nie wiedziałem o tym. Dzisiaj nie odważyłbym się postawić takiego inukshuka. Wolałbym, żeby Inuici postawili taki znak, dlatego że ja jestem przechodniem na ich znajomi Inuici umówili się ze mną, że pojedziemy razem na polowanie. Wyszło, że pojechali beze mnie. Po prostu pojechali, kiedy mieli czas. U mnie w głowie było: to się umówimy, to mi powiedzcie, zadzwońcie, że już jedziecie. Chcesz jechać z nami, to bądź gotowy. Nie widziałem, jak wyjeżdżali. Po prostu pobiegli. Ja tego nie rozumiałem. Dołączyłem do nich. W drodze powrotnej około drugiej nad ranem widzę światła wioski. Brakowało około sześciu kilometrów. Jeden z przyjaciół mówi mi: teraz ty prowadzisz. Spotkaliśmy się na drugi dzień rano przy śniadaniu. Zapytałem: dlaczego kazałeś mi jechać jako pierwszy? Powiedziałem mu, że źle się z tym czułem. To było nieplanowane, nie byłem przygotowany do tego. O co wam chodziło? Widzisz, jak my wyjeżdżaliśmy, to jechaliśmy do siebie, jechaliśmy tam, skąd pochodzimy. Jeśli chcesz, wiesz, gdzie nas znajdziesz. Ale wracaliśmy do tego, co ty biały nam przygotowałeś. Wyście nam zbudowali te domy. To wy nam powiedzieliście, co my mamy robić na takim osiedlu domków. Ty jechałeś do siebie. Muszę powiedzieć, że poczułem mocne ściśnięcie w sercu. Nie wiedziałem tego. Jak mogłem o tym nie pomyśleć? Wtedy dopiero zrozumiałem, co znaczy dla nich biały człowiek, który przyjechał na daleką północ. Wyście nas wpuścili do klatek – rozbrzmiewało mi ciągle w uszach. Powiedzieliście, że mamy tu być, że będzie policja. Narzuciliście nam sposób życia. Odebraliśmy im wolność życia. Jeśli rząd zaplanował osady, to może księża też mieli z tym coś wspólnego? Bo i rząd, i księża chcieli, żeby Inuici żyli razem. To doświadczenie było dla mnie bardzo mocne, bardzo wręcz drastyczne, ale niesamowicie ważne. Bardzo mnie ono utworzenia: 20 lipca 2022, 09:42Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
żeby się żyło żeby się mogło